 Zosieńka odeszła w sobotę, 09 stycznia 2010 r., niespełna tydzień przed swoimi czwartymi urodzinami. Nasz dom już nigdy nie będzie taki sam.

Zosia była najcudowniejszym kotem, jakiego mieliśmy przyjemność spotkać w naszym życiu. Towarzyszyła nam na każdym kroku, przy każdej czynności w domu. Wszędzie było jej pełno. Gdy się u nas zjawiła była malutką koteczką – czarne stworzonko z wielkimi uszkami i pięknymi zielonymi oczyskami. Urzekła nas od pierwszej sekundy. Szybko też poczuła się jak u siebie i zapoznała z pozostałymi kotami. Im więcej wspólnie spędzonego czasu upływało, tym bardziej ją kochaliśmy.
Zosia była kotką odważną – tylko ona potrafiła pogonić naszego grubaska – Atonka. Widok był prześmieszny – mała pchełka goniąca trzykrotnie od niej większego kluska. A Atoś wesoło brykając uciekał, gdzie pieprz rośnie. Zosieńka czuła się też odpowiedzialna za nasze dziewczyny i zawsze była pierwsza do pomocy. Gdy tylko Dianka lub Alabamka miauknęły płaczliwie w innym pokoju Zosia pędziła je bronić, pocieszyć lub zabawić. Ponieważ z Alabamką były w tym samym wieku, bardzo dobrze się rozumiały. Razem się bawiły i urządzały dzikie gonitwy. Teraz, gdy nie ma Zosi Bamcia często chodzi po domu i zawodzi swoim silnym głosem. Brakuje jej kumpelki do zabaw i wspólnego spania.
Zosieńka była jedynym naszym kotem, który uwielbiał aportować – najpierw swojego pluszowego jeża, a gdy jeżyk już się wysłużył – sznurkowe, kolorowe myszki. Mogła się tak bawić godzinami, gdy my już mieliśmy dosyć, nie dawała za wygraną, tylko ciągnęła pazurkiem za rękaw i miaukała prosząco. Nie dawała się też nabrać na markowane rzuty bez myszki. Mądre kocisko.
Zocha uwielbiała jeść i dużo czasu spędzała na kombinowaniu, jak wykraść coś dla siebie z naszych garnków, które niestety mocno cierpiały w wyniku jej starań. Patelnie mamy powykrzywiane od lądowania na podłodze, większość garnków nie ma już szklanych pokrywek. Ale na naszą kochaną Myszę nie można się było gniewać, wystarczyło, że spojrzała się z miłością swoimi wielkimi, zielonymi oczyskami, a serducho miękło. Zosia nie była kotką wybredną – jadła wszystko, nawet suchy chleb, sos czosnkowy, pietruszkę, bazylię, nieugotowany makaron – co tylko udało się upolować. W tym celu również nurkowała w koszu na śmieci, wygrzebując zawartość na podłogę w kuchni. Mysza była też smakoszką kremów i balsamów do ciała, które skrupulatnie ze mnie zlizywała.
Zosia zawsze dawała nam szansę na zareagowanie zanim coś zbroiła. Przed kradzieżą kotleta lub kawałka chleba czy pączka z mojej torebki zawsze specyficznie miauczała. Wtedy było wiadomo, że coś się szykuje w jej wykonaniu. Karmę zwykle jadła nie swoją, uwielbiała wykradać Atośkowi jego nerkowe chrupki. Siadała wtedy naprzeciwko niego i łapką wygrzebywała z miski, spod jego nosa po jednym chrupku.
Gdy przychodziłam po pracy zmęczona, Zosia zawsze siedziała na moich kolanach i wtulała się w mój rękaw albo starała się ułożyć jak najwyżej – tak więc najczęściej musiałam ją trzymać niemal przy twarzy, bo dopiero wtedy była zadowolona i mruczała pięknie. Była tak zdeterminowana, że gdy byłam zajęta np. w kuchni skakała wprost na mnie, licząc na to, że ją złapię w odpowiednim momencie. Uwielbiała, gdy ją nosiłam na rękach jak dziecko. Najczęściej obejmowała mnie tylnymi łapkami w pasie, a przednimi oplatała wokół szyi i tak wisiała – nawet nie musiałam jej trzymać – przyczepiała się jak małpka do brzucha mamy. Gdy nie chciałam jej wziąć, wspinała się niezdarnie po nogawce i zawsze osiągała swój cel.
Zosieńka była kotkiem niepowtarzalnym i zdajemy sobie sprawę, że drugiej takiej na świecie nie ma i nie będzie. Brakuje nam jej bardzo. Ból po stracie jest ogromny i nieukojony.
Śpij dobrze Zosiaczku – wiem, że teraz brykasz sobie beztrosko i masz pod dostatkiem sernika i pieczonego kurczaka oraz całą furę myszek do aportowania.
Zawsze będziemy Cię kochać i pamiętać o Tobie – moje śliczne maleństwo. |